Czy niebo jest w górze i czy tam nad nami jest miejsce, gdzie nikt nie umiera i nie cierpi? Niektórzy w to wierzą. Gdy jednak przebijemy się przez mgłę spowijającą nasze wsie i miasta, zobaczymy ponad naszymi głowami ostatnią historię naszego życia.

Czy niebo jest w górze i czy tam nad nami jest miejsce, gdzie nikt nie umiera i nie cierpi? Niektórzy w to wierzą. Gdy jednak przebijemy się przez mgłę spowijającą nasze wsie i miasta, zobaczymy ponad naszymi głowami ostatnią historię naszego życia.

Od wielu lat jesteśmy świadkami wielu spektakularnych wydarzeń, podczas których katolicy manifestują swoją wiarę. Procesje ulicami miast, tłumne pielgrzymki do Częstochowy, młodzież tańcząca na polach lednickich, licznie zgromadzeni ludzie odmawiający wspólnie różaniec lub sześćdziesiąt tysięcy modlących się ostatnio pod krzyżem.

Drzwi wiejskiej chaty zostały przebite kulą wystrzeloną przez sąsiada. Zdarzenie to miało miejsce w Albanii w latach, gdy jeszcze wiernie przestrzegano przepisów prawa zwyczajowego zwanego Kanun. Zadano więc pytanie albańskiemu mędrcowi Binace: Jakie konsekwencje według prawa powinien ponieść człowiek, który wyrządził sąsiadowi taką szkodę?
Dla hebrajczyków życie na obczyźnie było ważniejsze niż życie w ojczyźnie. Nie bytowanie stabilne we własnym kraju, lecz tęsknota za ziemią obiecaną była fundamentem jedności narodu. Ojczyzną nie była dla nich ziemia, w której mieszkali lecz ziemia, do której zmierzali. Była obietnicą i darem od Boga. Na tej ziemi Izrael, lud a nie kraj, był zawsze gościem i emigrantem, zawsze przechodniem, nie mającym do niej prawa własności.
„Gdybyście Mnie poznali, poznalibyście i mojego Ojca” – mówi Jezus w Ewangelii według Jana (J 8,19b). Boga nie poznaje się z książek, nie odkrywa się Go w zakamarkach pobożnych uniesień. Boga można realnie spotkać. Kto powiedział, że Boga nie widać?

Czy przydarzyło ci się kiedyś, że spisał cię policjant? A może pamiętasz lata szkolne, gdy na przerwie między lekcjami rozrabiałeś, zachowywałeś się zbyt głośno lub biegałeś jak wariat? I wtedy podszedł do ciebie dyżurujący nauczyciel, otworzył swój notes, zapytał o imię i nazwisko, a potem coś w tym notesie zapisał.
Dzisiaj nie ma już nic „na słowo”, bo niewiele ono znaczy. Każdy je inaczej pamięta. Każdy je inaczej rozumie. Każdy chce, by w jego słowa wierzono, ale często sam nie wierzy nikomu. Nawet sobie. Utrata wiary w Boże słowo, w Jego bezinteresowną miłość, jest konsekwencją utraty wiary w siebie.

Każdy marzy o tym, by zasiąść na trybunie honorowej i to w tak wspaniały dzień, jakim jest Święto Pracy. Niewielu jest jednak wyróżnionych imiennym zaproszeniem jak bohater mini powieści Ismaila Kadarè „Córka Agamemnona”. Droga do wskazanego w zaproszeniu sektora jest pełna emocji i prowadzi jednak przez wiele punktów kontrolnych.

Żałosne pajace wojny. Ani to weselnicy, ani to grabarze. Maszerują w ciemność nie potrafiąc odróżnić tego co heroiczne od tego, co nikczemne. Skrywając za uśmiechem porażkę idą za konwojem ciężarówek obładowanych trumnami patriotów. Oto bohaterowie książki Ismaila Kadarè zatytułowanej „Generał martwej armii”.

Mówi się, że nie ma głupich pytań. Są jednak pytania absurdalne, które zamiast wyjaśniać rzeczywistość, tworzą legendy. Pytanie, które albański pisarz stawia na okładce swojej książki, może wziąć na poważnie jedynie szaleniec i geniusz. Co się dzieje w tej minipowieści, że pochłonąłem ją w ekspresowym tempie?

Foto: David Stanley, rzeka Vjosa, południowa Albania (flickr.com)