Grzebiąc w „Ostatnich historiach” Olgi Tokarczuk

Czy niebo jest w górze i czy tam nad nami jest miejsce, gdzie nikt nie umiera i nie cierpi? Niektórzy w to wierzą. Gdy jednak przebijemy się przez mgłę spowijającą nasze wsie i miasta, zobaczymy ponad naszymi głowami ostatnią historię naszego życia.

Jezus nauczał tłumy na wzgórzu. Stamtąd, według Ewangelisty Mateusza, padły słowa, które zmieniły świat w królestwo Boże. Na rozświetlonej chwałą górze Tabor Bóg przedstawił apostołom Swojego Syna. Tysiąc lat wcześniej, na górze Horeb, Mojżesz otrzymał od Boga dziesięć słów, które stworzyły naród. W starożytnej Grecji wierzono, że bogowie przebywają na górze Olimp i tam doświadczają wiecznego szczęścia. Wszystko co wielkie i wzniosłe mieściło się gdzieś na górze. Zawsze gdzieś ponad nami podejmowano decyzje, które nas dotyczyły i rozdawano łaski, jeśli ktoś na nie zasłużył. Z góry promieniowało życie, za które mieliśmy wielbić bogów. Z góry spadały pioruny, by ukarać niewiernych mieszkańców doliny łez. Natomiast u Olgi Tokarczuk, w powieści „Ostatnie historie”, na górze nie ma chwały i uwielbienia, nie ma radosnych pląsów i niefrasobliwej zabawy. Króluje tam powolna śmierć.

Radosna zabawa nie odbywa się na górze lecz na dole, gdzie ludzie wyglądają jak kropki pozostawione przez muchy na szybie, gdzie wszystko jest malutkie i gówniane, gdzie szczegóły są pokryte mgłą. Z trudem można je dostrzec patrząc z domu zbudowanego na wzgórzu zbyt wysokim dla listonosza, aby się na nie wdrapał i zbyt męczącym dla wspinającego się inkasenta. To wzgórze jest uprzywilejowanym miejscem dla śmierci, która przychodzi powoli. Bo na umieranie potrzeba czasu. Trzeba sobie jeszcze raz ten świat opowiedzieć. Opowiedzieć to, czego się naoglądało i to co się straciło. Umieranie, zaplątane w myśli, nieudolnie wymusza wspomnienia.

„Nie umiera się tak od razu, pyk i po wszystkim. Trzeba pozwolić śmierci, żeby rozgościła się w ciele, a życiu wypłynąć bez przeszkód, kropla po kropli, jak z sopla, który topi się w oślepiającym świetle słońca”.

Do umierania trzeba się przygotować. Śmierć należałoby „ćwiczyć na lekcjach wuefu, jak umierać, jak osuwać się łagodnie w ciemność, jak tracić przytomność…”, no i powinno się zdawać z tego maturę. Ludzie na dole żyją tak, jakby śmierć ich nie dotyczyła. Są jak chlebowe okruchy, które powpadały w szpary między deskami. Czy oni wiedzą o co w ogóle chodzi?

„Hej, hej, patrzcie tutaj, doliniarze! Podnieście głowy! Widzę ich, tych tępaków, jak brodzą, jak lunatykują w tej mgle, jak gubią drogę, jak wchodzą do nieswoich domów i dobierają się do cudzych żon i mężów, strącając szklanki ze stołu i przewracając nocniki”. Nie przychodzi im na myśl podnieść głowę i popatrzeć w górę.

Tu, na górze, świat się łuszczy, ekran życia śnieży, człowiek zastyga od środka. Starość sprawia, że ludzie stają się podobni do siebie i niewiele już znaczy to, czy jest się kobietą, czy mężczyzną.

Świat na dole jest beztroski, lekkomyślny, nieświadomy. Jest jego stanowczo za dużo. Gdy śnieżne chmury wiszą nisko, tamci z dołu nawet nie widzą nas mieszkających wysoko przy szlakach śmierci. Dla nas każde zejście w dół, „do wsi i miast, które leżały w brudnych, gęstych mgłach” grozi przeobrażeniem się w „samotne, tułające się punkciki”. Nie damy się pozbawić sensu umierania i sprowadzić się do niewiele znaczącej kropki na śniegu.

Gdzieś daleko, za mokrymi, rozlazłymi równinami i dolinami, są inne kraje i inne miasteczka, gdzie „krawędź świata urywa się” i góry przypominają „już tylko namalowaną teatralną dekorację”, a śmierć niewiele różni się od sztuczki kuglarza. Tam też można żyć, ale tylko w przód. Nikt tam nie postawi gromnicy przy zmarłym Petro i nikt nie uszanuje tego, że on może do śmierci się dopiero przyzwyczaja, a może ją dopiero ćwiczy.

W trzeciej z ostatnich historii narrator mówi, że to co „żywe udaje martwe, a martwe – żywe”. Bo tak jak można żyć będąc martwym, jak ci w dolinie, tak też można umierać odchodząc powoli, wyhamowując mijające życie, niekoniecznie piękne i udane, ale prawdziwe. Śmierć może być bardziej realna niż życie, a życia można czasem nie zauważyć.

Na górze, zwanej Golgotą, umierał człowiek o imieniu Jezus. Ludzie z doliny odwrócili od Niego oczy. Może mu współczuli widząc Jego bezsilność i wstyd, ale nie chcieliby być na Jego miejscu. Kochali swoją dolinę i piękne baśnie o górze, na której panuje szczęście. Rozeszli się więc do domów nie przyjmując do wiadomości tego, co stało się na Golgocie. To jakaś dziwna historia i jakaś dziwna góra. Chyba nam się tylko wydawało, że ktoś na niej umarł.

Foto: Fryta 73 (flickr.com)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.