Jon Fosse w opowiadaniu „A Shining” nazywa to, co nienazwane i nieuchwytne, to co język religii zamienił w banał. Nazywa bez słów. Prowadzi dialog, bo co ma robić, gdy nic nie da się zrobić. Ale mówienie nie skraca dystansu, nic nie wyjaśnia. To, co jest, to po prostu jest i nie musi odpowiadać na twoje pytania. Samochód ugrzązł, jest noc, pada śnieg. Instynkt podpowiada, że trzeba iść przed siebie. Gdzieś muszą być ludzie. W lesie nie można krzyczeć. Halo, czy jest tam kto!? Cisza chce z tobą rozmawiać. Zgubiłeś się dziecko. Zrób coś! Nie możesz tak stać. Zgubiliśmy się wszyscy, ale przynajmniej idźmy razem. Ale dokąd? Gdzieś idziemy, ale w tej drodze się nie spotykamy. Słychać nasze głosy w ciemności. Gdzie jesteśmy? Gdzie? Jesteśmy tam, gdzie jesteśmy, nigdzie indziej. Stoimy w miejscu i niedługo zamarzniemy. To czego doświadczamy, niekoniecznie się wydarza i przychodzi taki moment, że nic już nie ma znaczenia, bo wszystko jest znaczeniem. Taki jest klimat tego wyjątkowego opowiadania.

