Moi oprawcy są niewinni. Taki był system.

W katolickiej parafii w albańskim miasteczku Shenkoll modlą się ofiary ludobójczego reżimu Envera Hodży i ci, którzy donosili na nich i okrutnie ich torturowali. Od zakończenia krwawych prześladowań minęło 30 lat. Pracę duszpasterską prowadzą tu ojcowie rogacjoniści.

Rozmawiam z 89 letnim Prelem Syku, który przesiedział ponad 20 lat w albańskich więzieniach. Skazany został, jak sam mówi, za antykomunizm. Pytam go, czy któryś z jego oprawców, którzy więzili go i torturowali, poprosił kiedykolwiek o przebaczenie.

„Nie ma co przebaczać” – odpowiada. „Oni też byli ofiarami systemu. Gdyby tego nie robili, zginęliby, albo trafiliby do więzienia na długie lata. Ucierpiałyby także ich rodziny. To system był winny, a nie oni”.

Prel Syku należy do jednego z największych klanów rodzinnych w Albanii, którego cały pokaźny majątek został skonfiskowany przez władze komunistyczne, a członków rodziny nazwano z rosyjska „kułakami”. Został aresztowany w 1952 roku w wieku 20 lat i skazany jako wróg ludu. Przesiedział wtedy 12 lat, by w 1978 znowu powrócić do więzienia.

Równolatek pana Syku, Prel Lini, mówi, że trudno dziś kogoś rozliczać. Krajem rządzą ci sami ludzie, albo ich dzieci. Gdyby otwarto archiwa, większość z nich musiałaby stanąć przed sądem, ale to nie jest rozwiązanie. Tylko osobiste nawrócenie każdego z osobna może coś w tym kraju zmienić.

Obaj moi rozmówcy należą do parafii w Shenkoll, w północno zachodniej części Albanii, w której proboszczem był w latach sześćdziesiątych o. Anton Luli SJ.

Można połamać kamienne krzyże, lecz nie da się zlikwidować wiary

Prel Lini wspomina jak w połowie lat pięćdziesiątych proboszcz wrócił z więzienia. „Bardzo źle wyglądał. To był cień człowieka…” Przerywa na chwilę. Drżącą dłonią kartkuje książkę poświęconą ofiarom albańskiego reżimu i stara się szelestem kartek zamaskować wzruszenie.

„To był pierwszy kościół zamknięty przez komunistyczne władze” – opowiadał goszcząc mnie w cieniu drzewa przed swoim rodzinnym domem (na zdjęciu powyżej). „Ojciec Luli był z nami 11 lat. Msza odbywała się po łacinie, więc nikt jej nie rozumiał”. Perl Lini, z oczyma utkwionymi gdzieś w dali, wyrecytował z pamięci: Confiteor Deo omnipotenti, beatæ Mariæ semper Virgini, omnibus Sanctis, et tibi, pater: quia peccavi nimis cogitatione, verbo et opere i podsumował: „Życie nie było łatwe i często mało zrozumiałe”.
– Jak ówczesna łacina? – spytałem.
– I dzisiaj niektórzy niewiele rozumieją. Europa daje się nabierać na to, że komunizm w Albanii się skończył. Minister spraw wewnętrznych z rządu Envera Hodży ma nadal władzę. Jest przewodniczącym obecnego Parlamentu.
– A czy dało się przewidzieć, że w Albanii będzie tak ciężko?
– W połowie lat trzydziestych jezuiccy profesorowie ze Szkodry tłumaczyli nam co się stanie, gdy nastanie komunizm, ale niewielu dawało im wiarę. Dobrze pamiętam ostatnie tygodnie przed tym, gdy zamieniono nasz kościół w dom kultury. Miało odbyć się bierzmowanie 74 dzieci przygotowywanych do tego sakramentu przez kilka miesięcy. Tę liczbę dzieci pamiętam bardzo dokładnie. Ojciec Luli pojechał po biskupa, lecz nie zastał go w jego siedzibie w Kalmet. Razem z moim kuzynem i jego przyjacielem, jako członkowie rady parafialnej, udaliśmy się po niego do Lezha, gdzie schronił się na jakiś czas. Prosiliśmy go w imieniu ojca Luli, by przyjechał bierzmować dzieci. Najpierw nie chciał się zgodzić, bo w sąsiedniej diecezji, o mało nie zabito biskupa w podobnej sytuacji. Lecz mój kuzyn, człowiek potężnej postury, oznajmił, że będziemy stali murem przy biskupie broniąc go za cenę własnego życia. Wtedy dał się przekonać. „Dobrze – powiedział – przyjadę w sobotę do Shenkoll”.

Gdy biskup przyjechał, niektórzy młodzi ludzie opłaceni przez władze i uzbrojeni w pałki, kazali mu się wynosić. Dzieci przygotowane do bierzmowania, wraz z rodzicami i najbliższymi, czekali w ukryciu aż do drugiej w nocy. Wiedzieli, że ks. biskup może rozpocząć uroczystość w każdym momencie. Wszyscy czekali aż władze zmęczą się i odpuszczą. Bojówka miała zaatakować biskupa, gdy tylko odważy się zacząć ceremonię, a wszystko było tak zorganizowane od strony propagandowej, że gdyby ktoś pytał, to władze nie miały z tym nic wspólnego. Media relacjonowały podobne wydarzenia jako wyraz niezadowolenia samej młodzieży, która z własnej inicjatywy chwyciła za pałki, bo nie chciała tolerować religijnych zabobonów.

Nad ranem rada parafialna ogłosiła, że uroczystość odbędzie się w niedzielę o godz. 12:00. Wtedy wręczono natychmiast ojcu Antoniemu i księdzu biskupowi wezwania do stawienia się w niedzielne południe w Komitecie Partii. W tej sytuacji biskup zmienił godzinę mszy z 12.00 na 9.30, autoryzował ojca Luli, by udzielił bierzmowania i odjechał. Wtajemniczeni gońce roznieśli jak najszybciej tę wiadomość po domach, w których dzieci gotowe były do bierzmowania. Rano nie brakowało nikogo, a władze były przekonane, że odniosły zwycięstwo, bo biskup się wyniósł. Kończąc poranną mszę Ojciec Luli zakomunikował, że na mocy władzy udzielonej mu przez biskupa przystąpi teraz do udzielenia sakramentu bierzmowania.

To wszystko działo się dwa tygodnie przed zamknięciem kościoła. Ojciec Luli udzielił bierzmowania 74 dzieciom zaraz po mszy św. Po ceremonii zawieźli go parafianie do Komitetu Partii na umówione spotkanie. Był tak zmęczony tymi stresującymi dniami, że nie był w stanie sam iść.

Gdy w 1966 zamieniono kościół parafialny w Shenkoll (Albania) w dom kultury, dobudowano piętro, gdzie wykorzystano fragmenty portyku kościoła. Wyróżniały się wśród innych kamieni użytych do konstrukcji. Ludzie je poznawali i modlili się przed nimi. Dziś umieszczono je wokół tabernakulum.

Po kilku dniach wezwano mężczyzn z rady parafialnej i zakomunikowano im, że ich kościół, w związku z tym, że jest wyjątkowym dziełem architektury, został przeznaczony na dom kultury. „Musicie znaleźć sobie inny kościół. Zbudować go na cmentarzu w Tale”. Już wtedy było wiadomo, że żadnego kościoła na cmentarzu nie wybudujemy, że wszystkie kościoły w kraju zostaną zlikwidowane. Jeden z parafian chciał pisać w tej sprawie list do Envera Hodży, ale wyjaśniono mu, że to nie władze, lecz młodzież chce je pozamykać. Rok później zorganizowano pionierów, by zniszczyli krzyże na cmentarzach, a w domach nie można było trzymać żadnego religijnego przedmiotu, a za taki uważano nawet jajka malowane na kolorowo.

Podpisywaliśmy kości, by nas kiedyś znaleziono

W roku 1967 Ojciec Luli został znowu aresztowany i skazany na 25 lat za ochrzczenie dzieci swoich krewnych. Przyjechali w nocy, związali go sznurami i wyprowadzili. O ile dobrze pamiętam, była to Wigilia Wielkanocy. Wrócił do nas na krótko dopiero w 1991 roku.

Przez jakiś czas siedział w więzieniu w Shenkoll (1984-1987). Nikt nie mógł go odwiedzać. Wtedy jeden z parafian zatrudnił się do pracy przy więzieniu, żeby zobaczyć co z nim i zapytać, czy czegoś nie potrzebuje. Poszedł tam z troski o pasterza i miał nadzieję, że go spotka. Gdy chciał do niego podejść, ojciec Luli dał znak ręką, by nie podchodził i powiedział: „Odejdź, bo będziesz miał problemy”. Zatroskany parafianin ryzykowałby zbyt wiele. Musiałby tłumaczyć skąd się znają i dlaczego usiłował się z nim skontaktować. Na pewno knuli jakiś spisek.

Zdjęcie o. Antona Luli i o. Mikele Arbrese przechowywane w rodzinie Prela Lini

– Jak odbywały się chrzty, gdy kościół był zamknięty i nie było księdza?
– Ojciec Luli, przewidując, że kiedyś go zabraknie, poinstruował wszystkich dorosłych jak należy udzielać chrztu. Ludzie chrzcząc swoje dzieci wiedzieli, że ryzykują życiem. Najczęściej chrzcili dzieci, gdy one spały. A zdarzało się w niektórych rodzinach, że matka chrzciła dziecko w tajemnicy przed mężem i mąż, nie wiedząc oczywiście o tym, chrzcił to samo dziecko w tajemnicy przed żoną.
– Jakim był człowiekiem w takich codziennych relacjach?
– Nasz proboszcz był księdzem, który łatwo nawiązywał z ludźmi kontakt, dał się lubić – odpowiada Prel Lini.
Prel Syku dodaje:
– Poznałem go bliżej w więzieniu w Balsh. Był szlachetnym kapłanem. Nic złego nie da się o nim powiedzieć. To był człowiek, który zawsze dzielił się tym, co miał. Wraz z innym więźniem, ks. Peterem Grudą, chodził do pracy poza więzieniem. Ponieważ skonstruował małe radio, którego słuchał w polu, gdy wracali, przynosili innym więźniom nie tylko coś do zjedzenia, ale czasem także jakąś wiadomość ze świata.

Zapytałem Prela Syku o to, jak mu się udało przeżyć tak długą, więzienną katorgę, podczas której nie można było pisać ani czytać, a pracy albo nie było i człowiek nudził się latami, albo była ponad ludzkie siły. Jak można było tak żyć znosząc tortury i niepewność jutra? Czy wierzyliście, że komunizm kiedyś upadnie?
– Tak, tej nadziei nigdy nie straciliśmy. Gdy któryś z nas umierał i chowano go w więziennej ziemi, wkładaliśmy do jego kubka kartkę z nazwiskiem, by zakopać razem z ciałem. Wiedzieliśmy, że gdy wszystko się skończy, to dzięki temu rodziny będą mogły z czcią pochować kości swoich bliskich.

Słuchając tych nieprawdopodobnych historii, zastanawiam się, czy rzeczywiście człowiek zmuszony do życia w nieludzkim systemie, nie odpowiada za własne czyny? Moim zdaniem żaden system nie zwalnia człowieka z odpowiedzialności za to, co robi. Żaden też system nie naprawi krzywd jakie ludzie ludziom wyrządził. Ran nie leczy się wyrokami sądów i więzieniami dla oprawców. Nikt nie wymyślił lepszej drogi do pojednania niż miłość, która niczego w zamian nie żąda. I wszystko przebacza.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Wspomnienia i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 odpowiedź na Moi oprawcy są niewinni. Taki był system.

  1. Zbyszek pisze:

    ” Ran nie leczy się wyrokami sądów i więzieniami dla oprawców. Nikt nie wymyślił lepszej drogi do pojednania niż miłość, która niczego w zamian nie żąda. I wszystko przebacza.”

    Ja myślę, że w relacjach (stosunkach) między ludźmi, pomysł by opierać je na takiej miłości, która niczego w zamian nie żąda i wszystko przebacza, jest dość groźną utopią. Ma ona wyłącznie sens, jako racjonalizacja losu ludzi, dla których nie ma żadnej możliwości uzyskania tzw. sprawiedliwości.

    Święty Jan Paweł II kochał swojego zamachowca i mu przebaczył, ale to przebaczenie nie wiązało się z przebaczeniem w sensie wniosku do sądu: „To już wypuście go z więzienia, bo już mu przebaczyłem”. Przebaczenie i kara to dwa różne porządki.

    Pierwszy to porządek „serca” człowieka. Noszenie w sobie urazy, to jest noszenie w sobie stanu krzywdy, to jest przedłużanie własnego cierpienia i pragnienia by krzywdziciel cierpiał „tak samo” albo bardziej.

    Drugi to porządek istnienia społecznego, grupowego. Kara jest instytucjonalizacją, materializacją ZASAD. Same kary zasad nie ustanowią ani ich nie utrzymają, ale są niezbędne jako faktyczny przejaw istnienia wartościowania czynów na dobre i złe, na krzywdzące innych i na innych wspierające.

    W żaden więc sposób, wybaczenie i ukaranie nie stanowią alternatywy, ani jednym nie można zastąpić drugiego. Ofiary przy ukaraniu sprawcy doznają pewnego rodzaju emocjonalnej ulgi. Nie doznają jej jednak dlatego, że sprawca cierpi, tylko dlatego, że w ich odbiorze, świat jaki przeżywają jest znowu SPRAWIEDLIWY i przewidywalny. Kara naprawia „świat”, a nie pokrzywdzonego. Jej brak, sprawia, że świat staje się NIESPRAWIEDLIWY, a to znaczy nieludzki. W takim świecie nie da się żyć, bo za chwilę nasz sąsiad zabije naszą córkę i otrzyma od reszty społeczeństwa za to nagrodę. Wniosek – wszystkie więzy społeczne i cała konstrukcja się rozpada, życie traci sens, z kultury popadamy w całkowity chaos.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.