Pomost

Pomost to most w jedną stronę, który pozwala odejść od brzegu. Jest jak moja modlitwa, dzięki której zbliżam się do Boga. Nigdy jednak mnie do Boga nie doprowadzi. Nigdy nie przeprowadzi na drugą stronę. Idę kilkanaście, kilkadziesiąt kroków, zachwycam się widokiem lustra wody, a potem wracam na brzeg. Czekam, aż Bóg ruszy w moją stronę.

Pomosty dla wędkarzy, dla kuracjuszy i wczasowiczów, pomościki do opalania się i moczenia stóp w wodzie. Na jeziorach jest ich niemało. Można po nich potuptać, by strząsnąć ze stóp piasek zabrany z plaży, a nawet odpłynąć wiśniową łodzią tnąc bez grzechu niebieskie, pomarszczone prześcieradło, mieszać wiosłem jak łyżką w herbacie, a potem rozpryskać jezioro skacząc do wody na bombę jak dziecko przedzierające się przez prawa natury ku rzeczywistości wiecznie bawiącego się Boga.

Prababcia robiła na pomoście pranie, dziadek wypływał przycumowaną do niego łodzią, najczęściej do pracy, ale dzieci zawsze bawiły się mieszając porządek stałego lądu z porządkiem głębi. Ta plastyczność, zmienność wodnego świata, w którym nie dałoby się żyć dłużej niż na czas zatrzymanego powietrza w płucach, cieszyła mnie bardziej niż budowanie zamków z piasku. Jako dziecko nauczyłem się pływać, ale przez pierwsze lata wodnych harców trzymałem głowę zawsze nad wodą, by to, co najpiękniejsze odwlec w czasie. Gdy pierwszy raz zanurkowałem i otworzyłem pod wodą oczy, nie zobaczyłem raju. Pomost pozostał w mojej pamięci przedsionkiem tej głębi, za którą tęskniłem jako dziecko i którą tak szybko się rozczarowałem.

Zbliżając się do emerytury, nadal szukam uparcie tego, co w głębi, a nie tego, co w górze. Ta tęsknota jest jednak inna, a głębia nie jest już tak ekscytująca. Ukrywa się gdzieś między spróchniałymi belkami, może pod zardzewiałym gwoździem, albo na końcu zwisającego sznurka, który kiedyś do czegoś służył, a dziś nie jest nawet śmieszny. Pomost skąpany w słońcu okazał się iluzją, atrapą, imitacją. Nie był przedsionkiem nieba, korytarzem ku beztroskiemu życiu, lecz ślepą uliczką. Niemniej jednak był ważnym etapem mojego życia w poszukiwaniu głębi, pewną metaforą. A rzeczywistość? Gdzie ona była, gdzie ona jest? Jezus kroczy po jeziorze spoglądając na biegające po pomoście dzieci. Piękny spektakl, czarujący obraz. Mój pomost zszarzał, woda wokół niego zlodowaciała. Wskazuje drogę, która jak półprawda kończy się w połowie. Tak, człowiek może tylko wyjść. Nigdy jednak sam nie dojdzie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.