Ślepy ferman i inne opowiadania Ismaila Kadare

Tytułowe opowiadanie „Ślepy ferman” rozbudowuje wątek, jaki już się pojawia w powieści Ismaila Kadare „Pałac snów”. W kraju wychodzi dekret nakazujący ściganie i karanie ludzi spoglądających złym okiem. Karą dla „złoocznych” jest „wyoczenie” czyli oślepienie. Jeśli ktoś sam przyzna się do tego, że ma złe oczy, będzie mógł wybrać sposób „wyoczenia” i dostanie ponadto dożywotnią rentę. Jeśli natomiast Centralna Komisja sama złapie „złoocznego”, to nie będzie miał możliwości wyboru. O sposobie „wyoczenia” zdecyduje komisja. Donoszenie jest na porządku dziennym. Żona donosi na męża, brat na brata. Ulice roją się od szpiclów.

Przy okazji oślepiano także tych, którzy widzieli zbyt dużo i pracowali zbyt blisko maszynerii do „wyoczania”. Nie wszystkich oczywiście, lecz tych wobec których istniały przypuszczenia, że mogliby zacząć mówić. Trzeba było zatrzeć ślady okrutnych metod.

– Ale co oczy z tym mają wspólnego? Przecież to usta… – mówi Maria do swojego narzeczonego, pracownika biura ds. oślepiania.
– Na usta także może przyjść kolej – odpowiada narzeczony i po chwili dodaje: – Jeśli oczy nie wystarczą, abyśmy nabrali rozumu.

Chodzi również o to – jak dowiadujemy się z dalszej rozmowy Marii z narzeczonym – aby zrzucić na kogoś winę, ukarać pokazowo i dać ludziom do zrozumienia, że władze potępiają takie praktyki.

– Zostaniemy przykładnie ukarani po to, aby część rozgoryczenia z powodu tego, co się stało, spadła na nas. Rozumiesz, co chcę powiedzieć? Każdy będzie chciał na nas zrzucić winę za swoje nieszczęście.

Nikt nie zrozumie, że wykonywali tylko polecenia służbowe, bo taki był system. Ale dlaczego na nich miałoby się skupić całe odium oślepionych? Czy nie ma innego sposobu, by to zakończyć nie narażając ludzi na utratę wiary w majestat prawa? A może nic już nie może zatrzymać machiny, którą wprawiono w ruch dekretem władcy?

Mądrzy ludzie przestrzegali od samego początku, gdy tylko zarządzono karanie „złookich”, że porządek dnia i nocy zostanie naruszony, harmonia światła i ciemności zostanie zachwiana. Im więcej oczu pogrąży się w mroku, tym mniej światła będzie na ziemi.

Opowiadanie Ismaila Kadare mówi o wynaturzeniu prawa i o ślepym posłuszeństwie wobec nakazów władzy, ale także o ulotności widzialnego świata. Oczy są światłem naszej duszy, ale nie są w stanie stworzyć obrazu, ani przywołać tego, który przeminął. Świat widzialny trwa tylko chwilę, dopóki można go zobaczyć.

W drugim krótkim opowiadaniu zatytułowanym „Pokolenia Hankonatów. Kronika Rodu” Ismail Kadare opowiada historię rodziny, która zamieszkała podstępnie w albańskim mieście Gjirokastra. Krzywoprzysięstwo staje się fundamentem wznoszonego domu. Wszystko, co źle się zaczyna, źle się toczy i żeby dalej żyć trzeba cały czas kombinować, włóczyć się po sądach i śnić upiorne sny.

Hankonatowie, przybysze z gór, byli bardzo dziwni. Miejscowi nie mogli się nadziwić jak ci ludzie, którzy tak jak wszyscy mieli oczy i nos, mogli pogodzić katolicyzm i islam. Jak w jednej duszy mogą skrywać się dwie religie? Jeden z nich po modłach w meczecie szedł na mszę do kościoła. Zajmowali się najpierw handlem solą, a później olejem skalnym. Kto kogo zrodził, kto za kogo wyszedł i kto umarł – nie sposób się połapać. Kto zginął na wojnie, kto został zesłany i kogo ścięto – nie wie nawet narrator. „Jedno wszakże było pewne: gdzieś w wielkim kraju zwanym Europą jakiemuś królowi ścięto głowę”.

Wreszcie po ponad dwudziestu stronach opowiadania wydaje się, że tragedia, jaka spadła niespodziewanie na Hankonatów i na ich biznes, rozpocznie jakąś akcję. Nic mylnego. Co prawda ma miejsce wiele dziwnych, a nawet makabrycznych wydarzeń, ale narrator wspomina o nich jakby zapisywał te fakty zdawkowo w rodzinnej kronice: jakaś zemsta krwi ciążąca na rodzinie, morderstwo córki, która okryła hańbą nazwisko, czy też sen nawiązujący do powieści Kadarego, Pałac Snów, dzięki któremu Basri Hankonat otrzymuje państwową posadę.

Dzieje się wiele i w przyspieszonym tempie, jakby na filmie w kolorze sepii, ale nawet największa tragedia nie zakłóca rytmu życia Hankonatów. Wszystko rozmywa się w codzienności następujących po sobie pokoleń. Życie jest, bo jest. I takie jest, jakie jest; łażenie z jednego końca wielkiego domu na drugi. Mijają kolejne zimy, kolejne lata, a przybywające na cmentarzu mogiły czynią przybyszów z gór ludźmi coraz bardziej miejscowymi. Z inskrypcji na grobie Hadżiego Bardhushy Hankonata dowiadujemy się, że „był wszędzie i nie był nigdzie, ślepy jak piasek, którym targa wiatr”.

A tymczasem pieniądz tracił na wartości, oczekiwano wojny i masakry, nadchodził koniec świata. „Podobno ze dwadzieścia królestw rzuciło się na oślep do walki przeciwko sobie, same nie wiedząc dlaczego”. Karły skakały sobie do gardeł. Cóż mogło to obchodzić Hankonatów mieszkających od kilku pokoleń w albańskiej Gjirokastrze? Potrafili się ustawić i zadbać o swoje. Czy los im sprzyjał? Raz bardziej, innym razem mniej. Wszystko się jednak źle toczy, a gdy kolejny epizod kończy się dobrze, czytelnik powątpiewa, czy jest to rzeczywiście dobre zakończenie. A wszystko zaczęło się od pary butów pierwszego Hankonata, od błota na podeszwach. Bez nich nie byłoby całej tej historii.

Trzecie opowiadanie Ismaila Kadarego, „Uczta pojednania”, rozpoczyna się od dekretu sułtana zwołującego tytułową ucztę i od poszukiwania osób, które należałoby na tę ucztę zaprosić. A że relacje z potencjalnymi gośćmi już od dawna nie istniały, nie było to łatwe zadanie. Szukano ich na starych archiwalnych listach, przeglądano sterty starych dokumentów. Wreszcie zastęp kurierów wyruszył w drogę, by wręczyć każdemu zaproszenie.

„Rozwożenie zaproszeń trwało kilka dni. W końcu, półtora tygodnia później, kurierzy jeden po drugim zaczęli powracać do stolicy. Z czterystu dziewięćdziesięciu siedmiu zaproszeń doręczono czterysta dziewięćdziesiąt trzy”. Czterech kurierów nie wróciło, jednego znaleziono zabitego”, dwóch zaginęło. Każda szczytna misja musi się liczyć ze stratami w ludziach, a tu przecież chodziło o pojednanie, o takie pojednanie między narodami, o jakim nikomu się nie śniło. Prócz sułtana oczywiście.

Powołano do życia potężną machinę organizacyjną. Jej trzy podkomisje, ds. hoteli i zajazdów, ds. jadła i napojów oraz ds. przedstawień muzycznych, miały szczególnie dużo pracy. Dokładnie kontrolowano świeżość mięsa i sosów, jakość tłuszczów, miodu, daktyli. Jakiegoś dostawcę przykładnie ukarano. Groza wisiała w powietrzu.

Niełatwo też miała podkomisja polityczna i protokularna. Decyzje o tym, kto ma gdzie siedzieć przy stole obrad zmieniały się za każdym razem, gdy znaleziono w archiwach jakieś historyczne przeciwskazania do posadzenia jednego obok drugiego. W podkomisjach toczyły się wewnętrzne walki na śmierć i życie, a jej członkowie nie mieli ze sobą nic wspólnego prócz zleconych przez Centralną Komisję zadań. Nikt się z nikim nie przyjaźnił, knowano intrygi, walczono o wpływy.

Uczta pojednania to niewątpliwie wielkie przedsięwzięcie. Można się będzie na nim dorobić lub zrobić zawrotną karierę. Jednocześnie wielka odpowiedzialność podkomisarzy wiązała się z ryzykiem podpadnięcia Centralnej Komisji. Praca była wyczerpująca i stresująca. Ludzie żyli przygotowaniami. Czy byli wśród nich tacy, którzy wierzyli w pojednanie?

Nadszedł wreszcie świąteczny dzień, w który miano się pojednać. Zjechali goście. Wszędzie czuło się podniosłą atmosferę. Do czasu… Puenta opowiadania? Gdy władca mówi o pojednaniu nie wierz mu. Na pewno ma w tym jakiś interes lub knuje podstęp.

Photo by Alina Schelkanova from Pexels (fragment)

Ismail Kadare, Ślepy ferman, Pogranicze, Sejny 2010.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.