Słowo raz wypowiedziane trudno cofnąć

Trudno jest hierarchom Kościoła sprostować ich nieścisłą lub niezgodną z faktami, niefortunną wypowiedź. Osobie powszechnie szanowanej trudniej przyznać się do błędu. Pokora kończy się, gdy autorytet pasterskiej władzy bywa zagrożony. Obserwuję to w ostatnich tygodniach, gdy z uporem maniaka wciąż powielana jest w Polsce, niezgodna z faktami informacja o nienarodzonym dziecku Rodziny Ulmów, które miało ponoć zostać beatyfikowane. Dokumenty beatyfikacyjne tego nie potwierdzają. Skąd wzięła się taka narracja?

Jest ona przykładem rzeczywistości życzeniowej. Wierzę w to, co pasuje mi do mojej myślowej układanki. Uznaję to za rzeczywiste, nawet wbrew udokumentowanym faktom. Żadne argumenty nie są tu przekonywujące, gdyż to co zostało wymyślone, jest piękniejsze niż to, co się naprawdę wydarzyło, a tym samym bliższe prawdy niż rzeczywistość. Staje się lukrem osładzającym nasze sztandarowe przekonania, których bronimy i o które z poświęceniem walczymy. Jakże teraz przyznać, że nie było tak, jak uważamy, że było. Tym bardziej, że ksiądz arcybiskup przemyski jasno powiedział, że beatyfikowane będzie dziecko „nienarodzone”. Po co więc robić przykrość księdzu arcybiskupowi? Przecież kochamy go, jako naszego pasterza. Niech już tak będzie, jak zostało powiedziane.

Gdy narracja zostanie dodatkowo obudowana ideologią, jakkolwiek ją nazwiemy, trudno potem pozbierać to rozsypane pierze. Gdy aktywiści „pro-life” podgrzali debatę chcąc uczynić błogosławionego nienarodzonego symbolem swojego ruchu, nawet Rzym nie jest w stanie tego zatrzymać. Ktokolwiek próbuje przedstawić fakty, staje się wrogiem wszystkich, którzy uwierzyli w tę piękną historię.

Mimo wcześniejszej dementi Stolicy Apostolskiej, „nienarodzone dziecko” było wymienione wśród beatyfikowanych na przygotowanym wcześniej plakacie wyeksponowanym podczas konferencji prasowej Episkopatu Polski, która odbyła się w przeddzień uroczystości. Napis obwieszczał beatyfikację „Józefa i Wiktorii Ulmów z Dziećmi: Stasią, Basią, Marysią, Antosiem, Władziem, Franiem i Dzieckiem nienarodzonym”.

Nawet, gdyby ksiądz arcybiskup przyznał, że się pomylił lub że w dobrej wierze zapędził się i przesadził, znaleźliby się tacy, którzy wytłumaczyliby sobie, że to Watykan zmienił stanowisko i przymusił arcybiskupa do cofnięcia wypowiedzianych słów. Broniliby swojej ideologicznej układanki przed „bezdusznymi urzędnikami” z Watykanu. Niektórzy idą w takich sytuacjach w zaparte, by prawda była po ich stronie. Inni próbują manewrować, aby wilk był syty i owca była cała.

Żeby nie powiedzieć wprost, że dziecko narodziło się, a jednocześnie nie skłamać ukuto sformułowanie „poczęte dziecko, które ujrzało światło dzienne”. Ten majstersztyk erraty do wcześniejszego określenia „nienarodzone” usłyszeliśmy podczas ceremonii beatyfikacyjnej w Markowej. Hierarchom Kościoła trudno jest cofnąć raz oznajmione słowo, może rzucone nieopatrznie, może wypowiedziane z niewiedzy, a może w celu stworzenia odpowiedniej narracji, która spodobałaby się określonej grupie.

Podczas uroczystości beatyfikacyjnej na przemówieniu przerywanym brawami, prezydent Polski zupełnie nie uwzględnił dementi Stolicy Apostolskiej i dwukrotnie podkreślił, że jednym z błogosławionych jest dziecko nienarodzone. Fakty nie grają roli wobec jedynej słusznej narracji pasującej do określonej wizji rzeczywistości.

Słowo raz wypowiedziane, zaczyna żyć własnym życiem. Dlatego hierarchom Kościoła potrzeba większej pokory w przyznawaniu się do błędnych lub niefortunnych wypowiedzi. Jeśli papież Franciszek potrafi odnieść się do własnych słów mówiąc „to nie była szczęśliwa wypowiedź”, to z pewnością i biskupowi nie spadnie mitra z głowy, gdy przyzna, że się pomylił.

12 września 2023

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.