Polecam mój artykuł „Pokochać drugie powołanie” sprzed sześciu lat, jaki ukazał się w numerze 50 (2016) rocznika Jezuici Nasze Wiadomości oraz mój dopisek sprzed kilku dni.





PO SZEŚCIU LATACH OD NAPISANIA TEGO ARTYKUŁU
Teraz zostały mi tylko kwiaty, które podlewam na balkonie, na tarasie, w oranżerii i na kilku parapetach. Z końcem 2018 roku, po 22 latach, musiałem zostawić pracę w szkolnictwie. Nie wróciłem jednak do mojego pierwszego powołania, do apostolatu społecznego. Od stycznia 2019 roku jestem kurialistą siedzącym za biurkiem. Pomagam prowincjałowi w zarządzaniu zakonną prowincją, w skład której wchodzi już nie tylko część Polski, lecz także Dania, Rosja, Białoruś i Kirgistan. A także większość krajów byłego Związku Radzieckiego, w których nie mamy jeszcze naszych placówek. To już trzecie powołanie w powołaniu. Piszę, asystuję i doradzam już drugiemu prowincjałowi, tłumaczę teksty na włoski i angielski, odpowiadam za ochronę dzieci i młodzieży oraz za komunikację. W mojej nowej pracy poznaję również życie i pasje zarówno zmarłych jak i żyjących jezuitów, historię Towarzystwa Jezusowego i tworzącą się wizję przyszłości. Za cztery lata przejdę na państwową emeryturę. Zaczynam więc spisywać wspomnienia, choć nie wiem jeszcze, czy to tylko przerwa, jaką dał mi Bóg, by znowu gdzieś mnie posłać, czy może już ostatnia prosta.

Jest późna jesień. Jadę całą noc dalekobieżnym pociągiem z drugiego krańca Polski. Przed południem poprowadzę warsztaty w Gdańsku. O czwartej nad ranem przygotowuję toaletę. Muszę wyglądać w miarę schludnie i poważnie. Na moich zajęciach będą prawie wyłącznie panie… O piątej jestem na dworcu w Gdyni. Spaceruję do 5.30. blisko dworca jest kościół. Czekam na mszę o godz. 6.00. Z przekonania, potrzeby? Raczej z konieczności zabicia czasu. Jest tu ciepło. Domowo. W konfesjonale czeka spowiednik… Przychodzą nieliczni wierni… Nie czuję się dobrze. Po co tu jestem? Przecież to nie poczekalnia…
O siódmej wsiadam do kolejki. Jadę do Gdańska. „Zwiedzam” przez trzy godziny Starówkę.
Moje warsztaty podobają się. Mam propozycję. Mogę je powtórzyć w innych miastach Pomorza. Wieczorem wsiadam w pociąg powrotny. O godzinie 8.00 rozpoczynam zawodową pracę w moim mieście. Jest dobrze.
– W Gdyni jest niepubliczny ośrodek doskonalenia nauczycieli. Prowadzi go jakiś zakonnik. Ma takie nazwisko jak pan. Brat? Krewny? Powinien się pan z nim skontaktować. Macie podobne pomysły. Może wymyślicie coś razem? – mówi jedna z uczestniczek moich zajęć.
Temat warsztatów wyczerpał się szybko. Inne projekty do realizacji były bliżej domu. Nocne pociągi też zaczęły kursować inaczej. Gdynia i Gdańsk zostały miejscami na mapie. Wideokonferencje zastąpiły bezpośrednie spotkania, wyparły dyskusje i ograniczyły wymianę poglądów. Zmieniły się formy, pytania pozostały.
Czas mija. Mimo emerytury mam, na szczęście, co robić. Jest młodzież, są obcokrajowcy, którymi trzeba się zająć, nauczyciele oczekujący dobrego słowa. Są też problemy do rozwiązywania, a rzeczywistość czasem wygląda tak, jakby nikt nic nie robił. Szukam pomysłu, jak dotrzeć tu i tam. Szukam też sposobu, żeby nie być infantylnym staruszkiem wspominającym, jak kiedyś było mu dobrze.
W wielkopostnym szumie i przygotowaniach do Wielkanocy znajduję w Internecie wiersz Tuwima „Chrystusie”. To dziwne, że do tej pory nie zwróciłem na niego uwagi. Zaraz potem pojawiło się pytanie o katolicyzm poety. Internet wie wszystko. Znajduję wyjaśnienie, czytam informacje o autorze, przeglądam jego blog i … trochę mi żal, tego, co się mogło wcześniej wydarzyć…