Świat żywych i umarłych w powieści Łukasza Barysa

Oddzielenie zmarłych, co siedzą pod ziemią od świata żyjących na ziemi jest przecięciem na pół jednej rzeczywistości. Jeśli uwolnimy się od tych, którzy odeszli, będziemy skazani na udawane życie. Jeśli przestaniemy rozmawiać mową ziemi, mową przodków, staniemy się dalecy sobie, wszystko obróci się w banał i nic już nie będzie chowało się w mroku.

W powieści Łukasza Barysa „Jeśli przecięto cię na pół” zmarli są odpowiedzią dla żywych i żywi dla zmarłych. Jej głównym bohaterem jest Marcel Kazimierz, nastoletni syn rolnika i pracownicy Orlenu przeciętej na pół w wypadku samochodowym. Jego ojcu blisko do Zeusa, bo włada widłami jak on piorunami, ale daleko do Jezusa, gdyż nie potrafi tak pięknie mówić o ziarnach, po prostu odwala robotę. Jest jeszcze babcia, która nie bierze leków, by zwrócić na siebie uwagę i suczka Saba, a także Milena, która ma dwadzieścia pięć lat i nigdy się nie całowała oraz kilka innych osób z wikarym miejscowej parafii włącznie.

Akcja dzieje się we wsi Sromutka, która kiedyś pachniała ziołami, śpiewem i rzeką. Teraz śmierdzi szambem i przelatującą obok autostradą. Codzienność wypełnia piwo Harnaś, programy telewizyjne, praca na polu i pacierze przy okazji pogrzebów. „Nikt teraz akurat nie umiera, więc siedzi się u nas i ogląda, i chodzi z Sabą za stodołę, a ona sobie biega”.

Wiejski krajobraz zasłonięty jest wszechobecną nuda. W tle leci „Sprawa dla reportera” pani Jaworowicz, „Nasz nowy dom” Katarzyny Dowbor, „Noc kabaretów” z Mrągowa i „Jeden z dziesięciu” z Tadeuszem Sznukiem. Co jakiś czas, między kretem przeciętym szpadlem na pół a rozmową z trupami, natrafiamy na lokowanie jakiegoś ulubionego przez ojca lub babcię produktu. Ale nie ma nic pięknego, nic wzniosłego, co nie „może się rozpaćkać. Jak ten kot pod kołami Ursusa”. Wszystko zapada się w ziemię matkę, która jednocześnie żywi.

Jedyną atrakcją w domu, oprócz telewizora, jest tajemniczy kufer bez dna, który kryje w sobie całą ciemność świata. „Można się w nim schować z każdą grzeszną myślą albo niewłaściwym słowem. I tę grzeszną myśl wraz z niewłaściwym słowem przeżuć sobie w ciemnościach”. Można się w nim przebierać, w kogokolwiek się chce, w Marcelinę lub Kazimierza. Być i nie być zarazem. Upaprać się ciemnością i wrócić do świata połówek i części, w którym „nie ma domów, są drzwi. Nie ma domów, są okna. Nie ma domów, są framugi. Są też dachy, parapety, doniczki, ściany, więźby dachowe oraz żerdzie. Każda rzecz osobno i żadna nie łączy się z drugą. Już na pewno nie łączy się w całość”. A każdy z nas ma „serce podobne do cukierniczki, która spadła ze stołu, rozbiła się, straciła pół cukru i została ponownie złożona za pomocą kropelki”. I tacy sklejeni udajemy całość.

Metafora życia przeciętego na pół, jak mi się wydaje, skłoniła Łukasza Barysa do rozpisania tego oryginalnego pomysłu na dłuższe zdania, do pobawienia się nim w wielskiej chałupie, w kościele i na cmentarzu. Życie przecięte na pół nie uśmierca. Upodabnia człowieka „do topoli, co trochę się łamie na wietrze, a trochę rozrasta”. Z jednej strony metafora mówi o kruchości człowieka, jeśli wychodzi poza miejsce, do którego przynależy. Z drugiej zaś strony zapewnia o trwałości wspomnień i rodzinnych legend, zupełnie nieprzydatnych w dzisiejszym świecie, ale wciąż żywych. Człowiek podzielony, rozdarty na pół, nie żyje ani w jednej ani w drugiej połowie siebie. Istnieje pomiędzy tamtym, a tym tutaj, „w połowie człowiek, a w połowie powietrze”. Już nie należy do miejsca, z którego przyszedł, ale nigdy też nie będzie u siebie tu, gdzie jest.

Ta druga już druga powieść Barysa, nominowana w 2023 roku do Nagrody – Stypendium im. Stanisława Barańczaka w ramach Poznańskiej Nagrody Literackiej, nie odniosła takiego sukcesu jak jego debiut „Kości, które nosisz w kieszeni”. Mnie również nie zachwyciła tak, jak jego pierwsza powieść. Przeszkadzały mi w lekturze niektóre powtarzające się kolokwializmy (pierdzieć na jakiś temat, puścić w pizdu, napierdolić się, wsiurska debilka itp.) czy dziwaczne, wręcz drażniące porównania, chociażby martwego żołnierza w mundurze do zagrzebanego ziemniaka w mundurku albo wiszącego nad kimś komornika do wiszącego nad nami Marsa. Wiele eksperymentów Autora, mających polegać na grze słów, nie przypadło mi do gustu: „rozbiór ciała i rozbiór zdania”, „raz dostanie na piwo, raz dostanie kamieniem”, „dla zabicia Jezusa i czasu” i wiele innych bogato rozsianych na prawie 250 stronach tekstu.

Dużym i niemiłym zaskoczeniem były dla mnie spotkania bohatera ze zmarłym dziadkiem szukającym „po pułkach bimbru” i cmentarne schadzki z trupem kolegi ze szkoły. Choć te historie pasowałby bardziej do przygód Jakuba Wędrowycza to jednak przesłanie zawarte w tytule książki, ma dzięki nim większą moc. Przywoływane przez Autora obrazy sprawiają, że dramat podzielonego wewnętrznie człowieka nie jest banalny, utkany z nudy i grozy złamanej nieudolnym humorem. Bardzo ciekawe są u Barysa elementy makabreski. Niektóre wręcz przywołują surrealistyczny klimat opowiadań Brunona Schulza.

Matka obgryzła lalce paznokcie, a potem i palce. „Pluła nimi na ziemię i zakopywała? A może odwrotnie – połykała? Może miała nadzieję, że palce zakwitną w zimie, urosną w formę drzew i obrodzą lalkami w wiosnę albo wręcz przeciwnie – urosną w mamie, w środku ciała, w prątki plastiku? I mama zamieni się w lalkę, czarną, gumową. Będzie lalką”.

Dalej, gdzieś pomiędzy wierszami przebija się także Franz Kawka ze swoim karaluchem z powieści „Przemiana”. Ojciec Marcela zamienia się w karpia, a on sam w chrząszcza. Tu jednak, „jeśli coś się stało, to może się równie dobrze odstać”. Nawet śmierć, która nie unicestwia, lecz jedynie przenosi człowieka z domu na cmentarz. Nie przeszkadza to jednak, by wsiurskie trupy wychodziły z ziemi i odwiedzały swoich bliskich.

Tak zawsze było dopóki „dziadek, pradziadek tu w ziemi siedzieli, tę ziemię swoimi rękami lepili”, mieli ją w palcach i w sercu, dotykali w niej wieczności. Teraz wszystko się rozpękło. „Zabrali nam las, łąki i duszę – słowiańską wioskę – a podarowali w zamian szum” zza dźwiękochłonnej ściany. „Pamięć wsi rozerwała się, zniknęła”, a wraz z nią ludzie z zasadami. Przecięta autostradą ziemia straciła swoją ziemskość, a rzeczywistość stała się wklęsła, zdeformowana jak obgryziona lalka.

Dorastanie i starzenie się na prowincji podczas, gdy cały świat gdzieś gna, nadal wbija człowieka w bezczas duchów, w ziemię pełną trupów. Bez nich każdy człowiek urodzony na wsi istnieje tylko w połowie. Autor opowiada o przemilczanej dziś zabawie życia ze śmiercią, nudnej i śmierdzącej. W tej grze biorą udział żywi i martwi.

Barys powraca do starosłowiańskich dziadów, których wskrzesza w nowym ciele, bardziej swojskim, mniej religijnym. W jego prozie powracają duchy przeszłości, które przypominają, że bez nich nie jesteśmy sobą. „Na świecie znowu, ale nie dla świata; Czymże ten człowiek? – Upiorem” – tłumaczył Adam Mickiewicz w „Dziadach”. W wersji Łukasza Barysa, zmarli muszą być koniecznie częścią tego świata i są przede wszystkim dla świata, bo kimże jest człowiek, dla którego trup jest tylko trupem.

[wyrażam zgodę na przedrukowywanie powyższego tekstu, Wojciech Żmudziński SJ]

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.