Książka Papiniego „Dante żywy” jest hołdem złożonym geniuszowi Dantego, laudacją, która wydaje się zbyt emocjonalna, przesadzona. Nie jest jednak kiczem ani bluźnierstwem, choć autor umiejscawia go gdzieś pomiędzy Bogiem a człowiekiem.

Dante to mistrz słowa, który nienawidził abstrakcji i czczego gadania. Sam tworzył słowa, jak niegdyś malarze sami wyrabiali farby. Budował z nich żywe obrazy, komponował muzykę, produkował zapachy i dźwięki, pokazywał emocje i uczucia, tworzył światy. Coś w tym jest — powie każdy, kto czytał „Boską komedię” i nie jest, jak pisze Papini „miernotą intelektualną”. Najlepszy rozdział tej dziwnej biografii nosi tytuł „Potęga ekspresji”, a puentą ostatniego rozdziału jest pytanie: Gdzie znajduje się teraz Dante, w której części swojego wymyślonego świata, w czyśćcu, czy może jest już jedną z kropelek w rzece „od jasności błyszczącej”?
Giovanni Papini przypomniał mi niesamowitą przygodę, jaką przeżyłem czytając „Boską komedię”, co prawda w tłumaczeniu, ale z oryginalnym tekstem po florencku tuż obok, który kusił mnie co jakiś czas, by spróbować przełożyć choćby kilka strof samemu.
Giovanni Papini, Dante żywy, tłumaczył Edward Boyé, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1958.
