Gdy wszystko już nazwane, robi się nudno i straszno

„Każda rzecz jest nazwana i na wszystko są odpowiednie zaklęcia lub modlitwy” – pisze Sławomir Mrożek w miniaturowym opowiadaniu „Kazanie”.

„Każda ludzka czynność, każda okoliczność ma swojego świętego patrona, nawet diabła samego zna się na wylot, naprawdę straszne jest tylko to, co nieznane, czyli nie nazwane, ale tu, jak daleko słychać dzwon, nazwane jest wszystko, a więc nieznanego u nas nie ma”.

Smród i ciemnota, ale za to własny prosiak w chlewiku o imieniu Siwek. Stęchłe podwórko i pryszcz na siedzeniu, który też otrzymał swoją nazwę i przyczynę, a wieczorem cichy pacierz do znanej dobrze Bozi odmawiany po trzykroć przy nikłym płomieniu świecy zrobionej przez sąsiada. Trudno zrozumieć dlaczego ludzie zamieniają to wszystko, swojskie i znane, na prosiaka w puszce pochodzącego nie wiadomo skąd i ubitego nie wiadomo gdzie, wysterylizowaną chińskim płynem posadzkę i plastikowe kontakty, które noc zamieniają w dzień. Nic już nie jest zdefiniowane, każde imię można wymienić na nowe, diabła z aniołem pomylić, zaklęcie z modlitwą. Człowiek gubi się i zapomina kim jest. Nienawiść miesza mu się z miłością, lęk z odpowiedzialnością, autobus z frytkownicą. Nie wie czy wchodzi, czy też wychodzi, czy spóźnił się, czy przyszedł za wcześnie. Myli wypukłe z wklęsłym, otwór otworem chce wypełnić, z próżnego w pełne próbuje nalać. A gdy źle się czuje i czegoś nie rozumie to leje w mordę przypadkowego przechodnia. Ot i zamienił stryjek dębowy kijek na plastikową szabelkę. Może jedynie liczyć na to, że kiedyś „zrobią z nim wywiad w telewizji” i przedstawiając go jako „bohatera”, który wyrwał się z ciemnogrodu, nazwą za niego to, czego nigdy nie rozumiał i nie zrozumie.

Foto: Stanisław Pacholik SJ

5 komentarz do “Gdy wszystko już nazwane, robi się nudno i straszno

  1. Podoba mi się, jak Ojciec pisze, mógłby Ojciec więcej kiedyś napisać o prosiakach, na pewno ten w puszce też miał jakieś imię, którego mu nie nadano… Dokładnie – i pryszcz na siedzeniu ma swoją nazwę i jest cicha modlitwa wieczorem…
    Taka nasza bezbronność, ale ona jeszcze istnieje, może i tli się, ale przecież Pan nie łamie trzciny nadłamanej. 😉 🙂

  2. No, nie jest tak źle. Zawsze znajdzie się mądry, który niezrozumiałe objaśni i wytłumaczy, że jeśli człowiekowi źle, to winna unia, no i wszyscy ci „inni”, których coraz więcej a w ostateczności zawsze zostają geje, wegetarianie, rowerzyści i inni poj…. ekolodzy, tfu… Więc może walić po mordzie nie przypadkowych tylko tych przecież naprawdę wszystkiemu winnych.

  3. Dla mnie te dwie postawy, te dwa odczucia są odbiciem jednego i tego samego – człowieka jako boga.

    Oto bowiem poprzez nazywanie, człowiek niejako obejmuje „w posiadanie” rzeczywistość, którą nazywa. Niejako nią „włada”, bo „wie”, czym jest anioł i źdźbło trawy na polu. Ten „ciąg”, to pragnienie, by wszystko mieć, by wszystko mieć poddane, by wiedzieć, kończy się zamknięciem, bo jeśli wszystko mieć będziemy i wszystko wiedzieć będziemy, to… co dalej? W kółko to samo. Niezależnie od wielkości tego „kółka”.

    I jeśli trwa człowiek w tym pędzie do nazywania, a więc OKREŚLANIA, co jest czym, bo SIEBIE, bo swoje JA, uczynił tym, co określa, to określać może wszystko… dowolnie. Więc w końcu już nic, nie jest tym czym jest i pozostaje tylko zachłanność człowieka, coraz na nowo tworzącego etykiety, nazywającego rzeczywistość. Drapieżnie przywierającego do swych określeń i opisywanej przez nie rzeczywistości.

    Więc recepta jest prosta i skomplikowana zarazem. Jest prosta, bo wystarczy zamilknąć i wystarczy kochać. TO, co nie nazwane, co określamy imieniem Bóg, ale zdajemy sobie sprawę, że to „imię” to tylko wybieg, bo On jest poza, naszą możliwością poznania, jakiegokolwiek objęcia poznaniem.

    Jest skomplikowana w tym sensie, że o tym już było, ale teksty wymagają pochylenia się. Jakie teksty? Wiele z nich, choćby autora najczęściej przywoływanego przez św. Tomasza z Akwinu, a więc pseudo Dionizego Areopagity. Byli i inni. Ale ich traktaty i słowa prowadzą znów do tej pierwotnej prostoty. Do przeżycia miłości do Nieskończoności, w milczeniu słów. Wtedy, Miłość, której objąć nie możemy, staje z nami do dialogu. I w ten sposób stajemy się prawdziwymi synami i córkami NIESKOŃCZONEGO. Mamy ojczyznę bez granic i wszystko za darmo, nawet nasz ból i cierpienie.

    A nazwy… stają się znów, tym czym po prostu są. Tym źdźbłem kołyszącym się na wietrze, do którego można mówić. Strumieniem łabędzi przepływającym w powietrzu obok nas. Nadzieją, że kiedyś… Go spotkamy. Czekaniem…

    ——————————————————————————–
    hasło do tekstów na moim blogu – niektóre są „ostre” – to „camino”

  4. Niby tak. Ale gdzie podziała się otwartość na to znane, co śmierdzi, na tę frytkownicę ? I dlaczego lać w mordę ?
    A gdyby tak pewne rzeczy przyjąć z pokorą lub radością i zacząć odkrywać je dalej lub od nowa ? A gdyby tak przypadkowego przychodnia pozdrowić ciepłym słowem, zamiast lać w mordę ? A gdyby tak zamiast bać się miłości lub brać ją w wielkim nienasyceniu, zacząć dawać ?
    Sama odczuwam nieraz rozczarowanie i gorycz, kiedy przyglądam się sobie, światu, ale to pokazuje, jak wiele pracy musimy we wszystko włożyć. I możliwe, że będzie to praca trwająca w nieskończoność, a ja jej nie podołam, upadnę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.