Nie wierzymy już nikomu

Dzisiaj nie ma już nic „na słowo”, bo niewiele ono znaczy. Każdy je inaczej pamięta. Każdy je inaczej rozumie. Każdy chce, by w jego słowa wierzono, ale często sam nie wierzy nikomu. Nawet sobie. Utrata wiary w Boże słowo, w Jego bezinteresowną miłość, jest konsekwencją utraty wiary w siebie.

Taką wiarę w siebie straciła Ewa w ogrodzie Eden. Nie wierzy już nikomu i zaczyna na własną rękę stwarzać sobie wyimaginowaną rzeczywistość. Ulega podszeptom węża nie dlatego, że go ceni, ale dlatego, że przestaje cenić siebie i nie wie dlaczego miałaby się starać. Po raz pierwszy doświadcza rozdarcia wobec wyboru między tym co łatwe i przyjemne a tym co wymagające. Staje się chwiejna, niepewna, raz wydaje się jej, że ten ma rację, innym razem, że tamten.

Niech mowa wasza będzie tak-tak, nie-nie (por. Mt 5,37). W tych słowach Jezus nie mówi, że świat jest biało-czarny, że złych trzeba piętnować, a dobrych chwalić. Nie mówi też, że mamy upierać się przy swoich poglądach, nawet jeśli chodzi o poglądy na temat Boga. Jezus mówi tu o wiarygodności człowieka i jego słów, o jego autorytecie.

Już przed tysiącami lat słowa traciły na wartości. Szczerość przestawała się opłacać. Prostotę zaczęły zastępować konwenanse i zarozumiałość. Skromność stała się zabiegiem manipulacyjnym, a prawdomówność przegrała z populizmem. I dzieje się tak nadal. Aby nasze słowa przekonywały, powołujemy się na Boga, papieża, wiadomości telewizyjne, Wikipedię, przeczytany ostatnio artykuł w takiej, czy innej gazecie.

To nie słowa i cytowane źródła przekonują, lecz wiarygodność człowieka, który je wypowiada. Czym jest wiarygodność? Czy jeszcze wiemy? Niektórzy znają termin „wiarygodność kredytowa” określający poziom rzetelności klienta co do terminowej spłaty zaciągniętego kredytu. W przypadku kilku moich znajomych to jedyna definicja wiarygodności, jaką z konieczności znają. Proszę nie mylić jej ze „zdolnością kredytową”, która jest jedynie kartą wstępu do długoletniego niewolnictwa finansowego. W innych dziedzinach też posługujemy się słowem „wiarygodność”, chociażby w określeniu „wiarygodne źródło informacji”. Można by zapytać: wiarygodne, czyli jakie? Sprawdzone? Ale przez kogo? Czy aby przez ludzi rzetelnych i uczciwych? Przez naszych, czy przez obcych? Coraz mniej ufamy ludziom, a coraz bardziej szyldom, etykietom, pieczątkom na wielostronicowych umowach. Dzisiaj nie ma już nic „na słowo”, bo niewiele ono znaczy, bo każdy je inaczej pamięta, inaczej rozumie.

Nie ma tożsamości bez wiarygodności

Człowiek wiarygodny to ktoś godny wiary, kogo można obdarzyć zaufaniem bez legitymowania i lustrowania. Ktoś, komu wierzy się na słowo. Ewangelista Mateusz przywołując dwa proste słowa Jezusa „tak” i „nie” przypomina nam, że warto zawalczyć, o bycie osobą wiarygodną.

Nie wystarczy popularne nazwisko, tytuł naukowy i stanowisko w rządzie, nawet jeśli są trzy w jednym, by uchodzić za osobę wiarygodną. Potrzebne jest świadectwo życia i przede wszystkim wewnętrzna wolność. Człowiek, którym kieruje lęk będzie myślał tylko o sobie, nikomu nie będzie ufał, wszędzie będzie węszył podstęp, a zaufanie można zdobyć jedynie ufając. Czy to zbyt dużo? Może warto odłożyć rozpamiętywanie krzywd i szukanie winnych? Nadszarpnięte zaufanie można naprawić jedynie wspólnie, a nie okładając się szmatami nasączonymi podejrzliwością. O wiarygodność trzeba zawalczyć szczerością i prostotą, mówiąc „tak” każdemu myślącemu nie tylko o sobie i wyrażając stanowcze „nie” dzieleniu ludzi na dobrych i złych, naszych i obcych, prawych i lewych.

Dzisiaj na wiarygodność musi zapracować również Kościół, który nie zawsze pamięta, że nie ma tożsamości bez wiarygodności. Kościół założył Jezus dla człowieka, a nie dla Boga i dopóki ludzie Kościoła będą żyli dla ludzi, a nie dla idei i religijnych obrzędów, dopóki będą mówili „tak” Chrystusowi realnie obecnemu w ubogim i cierpiącym człowieku, dopóty będziemy mogli dziękować Bogu za świętych wolontariuszy i wolontariuszki, za pełne poświęcenia siostry i cieszących się powszechnym zaufaniem braci.

Potrzebujemy żywych osób, którym każdy mógłby zaufać, osób słabych jak każdy z nas, lecz wiarygodnych. Warto zawalczyć o wiarygodność w Kościele i w kraju, a przynajmniej modlić się o mężów zaufania, którym wszyscy by ufali. Bardzo nam dzisiaj tego potrzeba. Nie tylko mnie.

Jest to fragment mojej książki „Pogromcy zamętu”

Foto: https://www.flickr.com/photos/flower_bunny/

Ten wpis został opublikowany w kategorii Biblia, Wpisy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 Responses to Nie wierzymy już nikomu

  1. Zbyszek pisze:

    Słowo się dziś nie liczy z bardzo prostego powodu. Wszystko jest oparte na „demokracji”, nawet małżeństwa i rodziny. W takich warunkach władza to nie siła, władza to zdolność wpływania na myślenie milionów. W takich warunkach, słowo – to broń. Broń realna, a nie poetycka, literacka czy filozoficzna.

    Wiarygodność z kolei, to nie jest kwestia li tylko świadectwa życia oraz uczciwości moralnej i intelektualnej, bowiem… wiarygodny człowiek może się MYLIĆ. Najzwyczajniej na świecie. Taki Arystoteles się mylił na przykład w prostej kwestii szybkości spadania ciał.

    Ale celnie ojciec pisze. Wiarygodność jest istotna. Tylko, że za nią Pan Jezus został zabity, jego uczniowie – poza św Janem – również, a sytuacja się zmieniła z chwilą „upaństwowienia” chrześcijaństwa przez Rzym.

    Życie potrzebuje hierarchii. Dobrze byłoby, gdyby wynikała z wiarygodności. Ale kogo dzisiaj wskazać, jako wiarygodne źródło informacji, na temat „Jak żyć”? Jakie dostępne źródło?

  2. yogitea pisze:

    Oj wydaje mi się, że żyjemy w tak wielkim dobrobycie, że zazwyczaj sami sobie jesteśmy autorytetami, dość wybredni w okazywaniu podziwu, a zaufanie – nie wiem, czy to jest tylko kwestia lęku, to już powoli chyba sięga tendencji cywilizacyjnej, bardzo trudne. Zatem nie należy się okładać, jak Ojciec pisze szmatami nasączonymi podejrzliwością, ale czy znajdujemy w sobie tyle potrzeby Drugiego, by poświęcić czas na zabliźnianie ran i opatrywanie ich cierpliwością, czułością, złością ale taką, która też pyta i może liczyć na odpowiedź, nadzieją i oczywiście – wsłuchiwaniem się, ja bym nawet powiedziała jeszcze (w swojej skłonności do gadatliwości) modlitwą i adoracją… 😉 🙂

Pozostaw odpowiedź Zbyszek Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.